Bajka o Karskim w Izbicy. Transport, którego nie było

Jan Karski opowiada swoją fikcję.

matactwo «postępowanie nieuczciwe,
podstępne, pełne kłamstw, wybiegów;
czyn podstępny, oszustwo; krętactwo»
(definicja za: Słownik Języka Polskiego)

­

­

Tak jak pisałem w poprzednim artykule (Zniesławione miasto) przebieg wyprawy do Izbicy opisany w książce Waldemara Piaseckiego Jan Karski Jedno Życie Tom 2 Inferno różni się od tego, który znamy z książki Jana Karskiego Tajne Państwo. Przede wszystkim dowiadujemy się, że Jan Karski tak naprawdę nazywał się Jan Kozielewski. Nowa wersja mówi, że celem wyprawy od początku był jeden z obozów przejściowych – ten w Piaskach lub ten w Izbicy. Piasecki w swojej książce pisze, że całą sprawą kierował brat Karskiego Marian Kozielewski. Karski pojechał do Lublina, a stamtąd z „Edkiem” pociągiem do Krasnegostawu. Tam zatrzymał się prawdopodobnie u jakiegoś małżeństwa (gospodarz – Marian, gospodyni – ?)
Gospodarz od razu informuje Karskiego, że pojedzie on do Izbicy. Nazajutrz gospodarz idzie do pracy, a Karski cały dzień siedzi w mieszkaniu i „pomaga w kuchni”. Marian wraca. Wieczorem dostają informacje, że nazajutrz Karski ma jechać do Izbicy. Rano pojawia się Ukrainiec z mundurem i butami. Karski przebiera się. Jeden Ukrainiec zostaje w mieszkaniu „jako zakładnik”, a z drugim Karski jedzie do Izbicy. Wiozą na ciężarówce 8 beczek z chemikaliami lub paliwem. Na stacji w Izbicy ciężarówka jest rozładowywana, a on przy okazji obserwuje załadunek Żydów do wagonów. Piasecki w tym miejscu pisze: „W pierwszym wydaniu Tajnego państwa stosowny fragment nie był daleki od zapamiętanych wydarzeń”. Po tym stwierdzeniu następuje opis ładowania Żydów do wagonów niemalże taki sam jak w Tajnym Państwie.
Przed powrotem Ukrainiec wstąpił do chałupy żydowskiego policjanta przy ulicy Lubelskiej. Po powrocie Karski spałaszował bigos, popił bimbrem. Później (kiedy?) z Krasnegostawu do Lublina zabrał go „Edek”, a stamtąd już sam pojechał do Warszawy pociągiem.

Opis Izbicy w książce Piaseckiego jest zbliżony do innych opisów Izbicy z czasów wojny, które są nam znane z innych źródeł. Przede wszystkim nie pisze on tam jakimkolwiek obozie lub getcie zamkniętym. Pisze, że Żydzi byli rozlokowywani w domach które były w miasteczku, pisze o fatalnych warunkach, ciasnocie, żydowskim Judenracie, a przede wszystkim pisze o tym, że Żydzi do transportu byli gnani z miasteczka na stację. Czyli koncepcja ogrodzonego drutem kolczastym obozu śmierci z Tajnego Państwa zostaje zlikwidowana.
Gdyby ktoś chciał przeczytać o tym w książce Piaseckiego, to odnośny fragment znajduje się na stronach od 742 do 753. Rozdział nosi tytuł „Przedostatni etap”.

Piasecki tłumaczy nam też dlaczego Karski pozmieniał fakty. Twierdzi, że dokonał uproszczenia, bo Bełżec był bardziej kojarzony na Zachodzie. Równocześnie twierdzi, że to w ogóle nie była jego decyzja, że zadecydowały „szczeble ściśle kierownicze bliskie Sikorskiemu”.
Nie będę się tutaj rozpisywał na temat tego zagadnienia, ale później jeszcze do niego wrócimy.

Jak by na to nie patrzeć, to z całej wizji zaprezentowanej przez Karskiego w Tajnym państwie, historycy starają się za wszelką cenę ocalić chociaż wizję transportu i na tym wydarzeniu się teraz skupimy.

Zacznijmy od liczby wywiezionych. W Tajnym Państwie Karski mówi o 46 wagonach i że do każdego Niemcy ładowali około 120 – 130 Żydów. Co w sumie dawałoby o około 6 tysięcy załadowanych. Z książki Piaseckiego dowiadujemy się, że wagonów było owszem 46, ale do każdego załadowano nie więcej niż 90 Żydów. Piasecki pisze: „Po zamknięciu drzwi wypisywano na nich kredą liczbę załadowanych. Nie przekraczała dziewięćdziesięciu osób.”

Jeśli to prawda to przyjmijmy, że cały taki transport liczyłby trochę ponad 4 tysiące osób.
Podejrzewam jednak, że w książce Piaseckiego celowo zaniżono ilość załadowanych Żydów. Przede wszystkim pojawia się pytanie skąd taki humanitaryzm w Izbicy? Dla porównania proszę przeczytać sobie artykuł dotyczący zagłady Żydów w Zamościu. Gehenna zamojskich Żydów
Czytamy tam: „Nie wszyscy stawili się na miejsce zbiórki. Dlatego hitlerowscy oprawcy chodzili po domach i wyciągali z nich ludzi i pędzili na plac. Wielu starych i niedołężnych ludzi mordowano na miejscu. Tak zgineła m.in. 83-letnia Hessa Goldsztajn siostra pisarza I.L. Pereca, Hersz Meser, Izaak Szpizajzen, Chaim Bokser oraz ponad 80 innych osób, w tym także pacjenci żydowskiego szpitala.”
Dalej dowiadujemy się, że: „Żydów uformowano w kolumny i pognano ul. Lwowską w kierunku Starego Miasta. Niemcy obawiali się ucieczek, dlatego obstawili Żydów gęstym kordonem żandarmerii i policji. Każdego kto tracił siły zabijano (tak zginęło ponad 150 osób). Zrozpaczeni Żydzi dotarli na tzw. rampę buraczaną między dzisiejszą ul. Orlicz-Dreszera, a ul. Peowiaków, gdzie ustawiono już pociąg składający się z 21 wagonów. Transport pojechał do Bełżca. Szacuje się, że podczas tej akcji zginęło ponad 3,1 tys. osób, w tym ok. 700 dzieci do lat 14.”
(Twórca cytowanego artykułu prawdopodobnie opierał się na informacjach zawartych w pracy Davida Silberklanga „Żydzi i pierwsze deportacje z dystryktu lubelskiego” zawartej w wydanej przez IPN publikacji zatytułowanej „Akcja Reinhardt. Zagłada Żydów w Generalnym Gubernatorstwie” (strona 60). Silberklang z kolei jako źródło do tej części tekstu podaje: Przesłuchanie Reichweina, Przesłuchanie Schuberta, Presłuchanie Meierta, Przesłuchanie Kaussena, Przesłuchanie Garfinkela, Raport Fiszelsona oraz książkę M. Frank – To Survive and Testify: The Holocaust Trauma of a Jewish Boy from Zamość.)

No i teraz proszę sobie wyliczyć ile Żydów wchodziło do wagonu w Zamościu. Leniwym już spieszę z pomocą.
Prosty rachunek. Najpierw wyliczmy ile Żydów Niemcy zabili przed wywózką. Z pierwszego fragmentu wychodzi 84 osoby i do tego trzeba dodać „ponad 150 osób” z drugiego fragmentu. Wychodzi „ponad” 234 osoby, a my – dla ułatwienia rachunków – zaokrąglimy sumę do 250 osób.
I teraz te 250 osób odejmiemy od „ponad 3,1 tys. osób”. Wychodzi „ponad” 2850 osób do rozlokowania w 21 wagonach. Jeśli rozmieścimy ich po równo, to wychodzi, że do jednego wagonu upychano „ponad” 135 osób.
Jak widzimy nawet przy zawyżeniu liczby zabitych na miejscu (a więc nie załadowanych) wychodzi, że do wagonu wchodziło „ponad” 135 osób. A przypominam, że autor artykułu mówi że zlikwidowano PONAD 3,1 tysiąca. Czyli do wagonu ładowano PONAD 135 Żydów.
A tu proszę w Izbicy proponuje się nam inne standardy – czyli nie więcej niż 90 Żydów w wagonie. Luksus. To może Niemcy do każdego wagonu dawali jeszcze pudełko szachów i talię kart – coby się pasażerom nie nudziło w podróży?

Z rozmaitych źródeł wynika, że niemieckim standardem było ładowanie na siłę około 140 osób do wagonu. Jeśli założymy, że w Izbicy ładowano 90 osób, to tworzy się całkiem spora wolna przestrzeń. Przestrzeń w której podczas transportu można wygospodarować miejsce do załatwiania potrzeb fizjologicznych. No i tu wychodzi kolejny absurd opowieści Karskiego. Zarówno w Tajnym Państwie jak i w książce Piaseckiego podaje się informację, że Niemcy przed załadunkiem posypywali podłogę w wagonach wapnem i że to wapno w zetknięciu z ludzkimi odchodami tworzyło trujące wyziewy, które dusiły stłoczonych w wagonie ludzi. Dlatego też Niemcy upychali ludzi w wagonach na siłę, tak żeby nie mogli się ruszyć i przez to każdy więzień swoje potrzeby fizjologiczne musiał – mówiąc kolokwialnie – załatwiać „pod siebie”. Tak to „genialnie” wymyślili Niemcy, że Żydzi zagazowywali się własnymi odchodami. Ale ścisk w wagonie osiągano ładując 140 osób, tak więc ładując 50 osób mniej niż zazwyczaj ryzykowaliby, że ta metoda nie zadziała. Dlatego też podejrzewam, że informacja o tym że w Izbicy ładowano do każdego wagonu o 50 osób mniej jest niewiarygodna. Coś tu najwyraźniej nie gra. Ale tak jak mówiłem są to tylko moje podejrzenia. (Z tą sprawą łączą się także inne niejasności, które omówię pod koniec artykułu.)

Zostawmy wapno i wróćmy do liczb. Nawet jeśli przyjmiemy, że liczba załadowanych podana w książce Piaseckiego jest prawdziwa, to i tak jest to duża liczba. To ponad 4 tysiące Żydów (konkretnie 4140).

Stanisław Stafijowski w swojej Kronice Tarnogóry pisze o Izbicy tak: „W tym maleńkim miasteczku o powierzchni jednego kwadratowego kilometra mieszkało izbickich żydów około 4 tysiące”.
No i teraz jeśli weźmiecie pod uwagę fakt, że przed wojną w Izbicy było około 4 tysiące Żydów, to oznacza, że w opisywanym przez Karskiego lub Piaseckiego transporcie wywieziono ich prawie tyle ile liczyła cała przedwojenna żydowską społeczność Izbicy. Chyba nie muszę tłumaczyć, że tak duży transport nie mógłby pozostać niezauważony.
Od razu chcę mocno zaznaczyć, że wspomniana liczba czterech tysięcy Żydów ma jedynie zobrazować skalę tego transportu, bo ogólnie w 1942 roku przez Izbicę przewinęło się kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy Żydów zarówno tych pochodzenia polskiego jak i tych z zagranicy. Podkreślam jeszcze raz: chodzi o skalę, czyli o fakt że jak na Izbicę był to wielki tłum ludzi, których nie dałoby się wywieźć tak żeby nikt tego nie zauważył.

Na tym etapie pozornie wszystko się zgadza, bo w lokalnej pamięci zachowała się pamięć o przerażającym dniu, w którym kilka tysięcy Żydów załadowano do wagonów towarowych i wywieziono do Bełżca. Tych zaś, którzy się nie zmieścili do wagonów i nie zginęli podczas załadunku, Niemcy i Ukraińcy trzymali w budynku lokalnego kina, a stamtąd grupkami wyprowadzali na miejscowy kirkut i rozstrzeliwali. Tam też zagrzebano ich ciała.

Piszą o tym dniu Adamczyk, Rutkowska, Smorczewski, Stafijowski (i inni).
Przyjrzyjmy się po kolei tym relacjom.

Adamczyk:
„Jesienią 1942 r. Niemcy przystąpili do kolejnej likwidacji Żydów. Izbicę otoczył kordon policji ukraińskiej, w środku operowali esesmani, gestapo, żandarmi i policja granatowa. Panowało ogólne przekonanie, że po likwidacji Żydów w dalszej kolejności Niemcy przystąpią do likwidacji ludności polskiej. Jakby zwiastunem tego były wysiedlenia w sąsiednich wsiach na terenie powiatu zamojskiego. Aby poznać metody stosowane przez hitlerowców, ludzie bacznie obserwowali przebieg akcji likwidacyjnych.
[…]
Złapanych w ostatniej akcji Żydów umieszczono w załadowanych do granic możliwości wagonach towarowych i wywieziono do Bełżca.
Resztę Żydów, których nie mogli pomieścić w wagonach, Niemcy zgromadzili w miejscowym kinie. Po kilkudniowym trzymaniu tych ludzi w makabrycznych warunkach, wyprowadzano ich na miejscowy kirkut, gdzie zwyrodniały folksdojcz Feliks Matys dokonywał rozstrzelania.”
Ryszard Adamczyk Izbicy dni powszednie str 129-130

Rutkowska:
„Rankiem 1942 roku oddział ukraińskich SS-manów z Trawnik, otoczyli osadę Izbicę. Ludność żydowską wypędzono z domów i jak bydło popędzono na stację kolejową. Załadowali ich do pociągów towarowych około 6000-mężczyzn, kobiet i dzieci powieziono do Bełżca i Sobiboru.
Całością akcji kierował Engels i Klem przy pomocy J. Schulca i podoficerów policji granatowej Witczaka i Ferdynusa.”
Helena Rutkowska Kronika Izbicy str 29
Po tym następuje opis tego co się stało z pozostałymi – tymi, którzy nie zmieścili się do wagonów i tymi, co zostali wyciągnięci z kryjówek.

Smorczewski:
,,Pewnego deszczowego dnia, jesienią 1942 roku, o świcie duże siły SS i policji zjechały do Izbicy, Tarnogóry i okolicznych wsi. Wszyscy Żydzi niezależnie od tego, gdzie wówczas przebywali, zostali otoczeni i popędzeni w kolumnach na stację w Izbicy, gdzie czekały podstawione wcześniej wagony towarowe.
Część parku w Tarnogórze oraz stajnie i zabudowania gospodarcze otaczał ceglany mur z wieżyczką na samym końcu, obok mostu łączącego brzegi rzeki Wieprz. Marek i ja, ukryci w tej wieżyczce, z odległości około pięciuset metrów patrzyliśmy, jak ładowano Żydów do bydlęcych wagonów, czemu towarzyszyły wrzaski, bicie uderzenia kolbami karabinów. Esesmani starali się wepchnąć do wagonów jak najwięcej ludzi. Nieliczni stawiali opór albo próbowali uciekać i tych koszono seriami z karabinu maszynowego. Rannych albo martwych zostawiano tam gdzie upadli. Gdy pociąg odjechał, pierwszych dobijano strzałem w głowę z pistoletu. Nie wszyscy Żydzi spędzeni na stacje zmieścili się do wagonów. Zaprowadzeni pod strażą na cmentarz żydowski za miastem, niedaleko klinkierni, zginęli od kul z karabinu maszynowego. Wieśniakom nakazano przyjechać konnymi wozami, zabrać i pochować ciała.’’
Rafał Smorczewski Wojenny pomost str 77-78

No i na koniec prezentuję wam cytat ze Stafijowskiego, który pisze:
„14 listopada 1942r. Niemcy podstawili długi pociąg na stacji. Wagony były towarowe, a wszystkie otwory w wagonach były zakratowane kolczastym drutem.
Pewnego dnia na rozkaz gestapowca Engelsa, komendanta posterunku w Izbicy, pod przymusem wszyscy Żydzi musieli ustawić się obok torów kolejowych na mokrej łące. Najwięcej wyszło ludności żydowskiej z zagranicy, a miejscowych Żydów wielu sie ukrywało, a część uciekała pod kulami w stronę lasu.
Ta straszna akcja mordowania Żydów trwała kilka godzin.
Na siłę ładowali ludność do wagonów bijąc kolbami karabinów, matki opuszczały małe dzieci na ziemię, a nawet pozostawiły po kilkoro w wózkach, na torach kolejowych. Na drugi dzień specjalne ekipy z cywilnej ludności zabierały zabitych, a żywe dzieci dobijając wywoziły na cmentarz żydowski. Największy transport, kilka tysięcy ludności żydowskiej Niemcy wywieźli do Bełżca.”
Stanisław Stafijowski Kronika Tarnogóry str 40
Później dodaje jeszcze, że nie wszyscy zgromadzeni zmieścili się w transporcie. Opisuje zapędzenie Żydów do kina Muza i późniejsze egzekucje na kirkucie.

No i teraz niespodzianka, bo Karski nie mógł być świadkiem tego transportu, bo wtedy już od dawna był w Paryżu. Piasecki pisze: „Starałem się ustalić możliwie precyzyjnie, kiedy emisariusz pojawił się w Izbicy. W wojennej książce w ramach kamuflażu podano początek listopada czterdziestego drugiego roku. Nie mogło tak jednak być, bo wtedy emisariusz był już we Francji. Sam po latach mówił o jesieni. Czasowo umieszczał to zdarzenie przed obchodzonymi w tym samym czasie czterdziestymi piątymi urodzinami brata i imieninami bratowej, co urządzano pomiędzy 6 września i 15 października, parę dni przed wyjazdem z Warszawy, który nastąpił na samym początku października. Już szóstego dnia tego miesiąca Stanisław Mikołajczyk depeszował z Londynu do delegata Jana Piekałkiewicza w Warszawie, prosząc o wyjaśnienia związane z misją Karskiego, który właśnie dotarł do Paryża.”
Jan Karski Jedno życie Tom 2 Inferno str 751

Tak więc jak widzicie Karski 6 października na pewno był w Paryżu. Natomiast ten duży izbicki transport odbył się najprawdopodobniej w listopadzie. Stafijowski podaje dokładną datę podstawienia pociągu, ale nie pisze kiedy pociąg został załadowany ludźmi i odjechał. Można zakładać, że stało się to w drugiej połowie listopada.

Trzeba od razu zaznaczyć, że istnieją źródła, które umiejscawiają ten duży transport w połowie października 1942 roku. Leszek Janeczek w swoim referacie na temat zbrodniczej działalności Kurta Engelsa i Ludwika Klemma w regionie Krasnegostawu (referat jest częścią wydawnictwa pod tytułem Byliśmy sercem wsi) umiejscawia ten transport 15 października.

Robert Kuwałek w tekście Getta tranzytowe w dystrykcie lubelskim (zamieszczony w zbiorze pt. Akcja Reinhardt. Zagłada Żydów w Generalnym Gubernatorstwie) podaje datę 18 i 19 października 1942 roku. Dokładanie brzmi to tak:
„Ostatnie grupy przesiedlonych do gett tranzytowych Żydów polskich nie przebywały tutaj długo – od kilku do kilkunastu dni. Później SS oraz żandarmeria (w Izbicy również członkowie polskiej Straży Pożarnej) wysiedlały je do obozów zagłady. W Izbicy akcje takie odbyły się dwukrotnie. Pierwsza z nich już 18 i 19 października 1942 r., gdy tysiące osób (dokładna liczba nie jest znana) zostały załadowane do pociągów odchodzących wtedy wahadłowo do obozów w Bełżcu i Sobiborze. […] Ową wielką „akcję” nawet sami Niemcy, którzy ją przeprowadzali, nazywali „czarnym dniem w Izbicy”. Tego dnia, oprócz deportacji kilku tysięcy osób, na miejscu, dokładnie na łące przed stacja kolejową, rozstrzelano, zgodnie z niemieckimi ustaleniami śledczymi, około 500 Żydów.”
Jak widać tutaj mówi się o 18-19 października. Z przypisów do tego fragmentu dowiadujemy się co oznaczają owe „niemieckie ustalenia śledcze”. Czytamy tam: „Sprawa przeciwko byłemu urzędnikowi niemieckiego Starostwa Powiatowego w Krasnymstawie […] Według ustaleń sądu w Kassel „akcja” ta miała miejsce 15 października, świadkowie z Izbicy i z Zamościa podawali natomiast datę 18-19 X 1942 r.”
Zaciekawiony tą drobną rozbieżnością sprawdziłem wcześniejszy przypis, żeby dowiedzieć się coś o tych „świadkach z Izbicy i z Zamościa”, no i przeczytałem tam coś takiego: „Relacja Leona Feldhändlera. Feldhändler pełnił w okresie okupacji funkcję prezesa Judenratu w Żółkiewce i z tego tytułu jesienią 1942 r. wszedł w skład zbiorczej Rady Żydowskiej w Izbicy.”

Wspaniałe źródła: hitlerowski aparatczyk i prezes Judenratu. Ale z dwojga złego wybieram wersję hitlerowca, tym bardziej, że datę tę potwierdzają relacje Polaków na których opierał się wspomniany wcześniej Leszek Janeczek.
Robert Kuwałek pisze też o drugim jesiennym transporcie z Izbicy:
„Kolejna akcja w Izbicy nastąpiła 2 listopada 1942 r., wywieziono wtedy do obozu zagłady w Sobiborze większość pozostałych tu Żydów.”

 

Tak więc mamy jeden duży transport i kilka dat, ale żadna z nich nie pokrywa się z czasem podanym w książce Piaseckiego. Według wszystkich źródeł ten duży Izbicki transport odbył się w czasie gdy Karski wyjechał już z terenu okupowanej Polski, tak więc nie mógł być jego świadkiem.

 

Kierując się dobrą wolą, zacząłem podejrzewać, że może pisał o jakimś wcześniejszym, trochę mniejszym transporcie, ale niestety według źródeł z którymi się zapoznałem, miały one miejsce w marcu bądź kwietniu oraz w czerwcu 1942 r.

Piasecki w cytowanym fragmencie pisze jeszcze, że: „Można by przyjąć, że wizyta w Izbicy przypadła pomiędzy końcowymi dniami września i wczesnymi dniami października.”
To stwierdzenie wydaje mi się również lekko przesadzone, bo skoro Mikołajczyk 6 października pisał Z LONDYNU że Karski jest w Paryżu, to przecież jakiś czas na wykonanie takiej depeszy jest potrzebny. Poza tym trudno zakładać, że Karski w Paryżu od razu z marszu udał się do zaufanych osób, oraz trudno uwierzyć, że po wizycie w Izbicy nie spędził kilku dni w Warszawie.
Na potwierdzenie tej tezy wystarczy sprawdzić, że Piasecki w cytowanym fragmencie pisze, że Karski obchodził urodziny swojego brata „PARĘ dni przed wyjazdem z Warszawy”.

Dochodzi jeszcze kwestia „kapsułki z cyjankiem”, którą Karski/Kozielewski zabrał ze sobą i która miała być jego „ucieczką” w razie wpadki. Skoro tak się sprawy miały, to należy przypuszczać, że lewe papiery potrzebne do wyjazdu na Zachód zaczęto organizować dopiero po udanej misji i szczęśliwym powrocie Karskiego do Warszawy. Ta okoliczność w mojej opinii umieszcza izbicką eskapadę Karskiego najwcześniej w drugiej połowie września.

Policzmy orientacyjnie ile dni musiałoby minąć. Najprawdopodobniej wyglądało to tak: z Izbicy pojechał do Krasnegostawu, a stamtąd nazajutrz(?) do Lublina i do Warszawy. Wtedy rozpoczęto starania o fałszywe dokumenty umożliwiające Karskiemu wyjazd. Korzystając z tego czasu pewnie trochę odsapnął i parę dni po powrocie bawił się na urodzinach brata i po urodzinach spędził tam jeszcze „parę” dni. Później odbył podróż do Paryża, która też pewnie trwała parę dni. Według mnie daje to około 2 tygodnie czasu, tak więc wizyta w Izbicy powinna – w mojej ocenie – mieć miejsce około 21 lub 22 września 1942 roku. Upraszczając: transport, którego świadkiem był Jan Karski powinien mieć miejsce w drugiej połowie lub – maksymalnie naciągając czas – pod koniec września, a o tak dużym transporcie we wrześniu 1942 roku ani lokalne ani inne źródła nic nie mówią. Rodzi to we mnie podejrzenie, że cała ta opowieść o eskapadzie Jana Karskiego do Izbicy jest po prostu historycznym matactwem.

Żeby było śmieszniej w Tajnym Państwie pora wizyty w Bełżcu/Izbicy określana jest jako lato 42 roku. Sprawdźcie na stronie Muzeum Historii Polski napis na samej górze brzmi „Karski w obozie, Izbica Lubelska, lato 1942 r.” – ale to tylko uwaga na marginesie bo tutaj zajmujemy się już książką Piaseckiego.

Możemy teraz przejść dalej, bo wątpliwości budzą też inne szczegóły dotyczące „izbickiej” eskapady Karskiego.

Podstawowa kwestia, która – prawdę mówiąc – sprawiła, że w ogóle zacząłem mieć podejrzenia w tej sprawie to niespójność treści zawartych w rozdziale dotyczącym izbickiej eskapady Karskiego. Nielogiczność.

Być może, aby ładnie pokazać tę kwestię trzeba by było wrócić do tego jak Karski usprawiedliwiał się z faktu, że jego książka „Tajne Państwo” zawiera wiele kłamstw i przeinaczeń. O tym już mówiłem, a każdy kto chce zgłębić tę sprawę może poszukać informacji w sieci. Ja widzę to tak, że Karski zasłaniał się kim tylko mógł i przyjął postawę: wszyscy są winni, tylko nie ja.
Ale przejdźmy do książki Piaseckiego. Czytajcie uważnie:
„Wiedząc o jego znakomitej pamięci i przywiązaniu do detalu, po prostu wydawało mi się nieprawdopodobne pomylenie Izbicy z Bełżcem. Zwłaszcza, że okolicę Bełżca znał już z zimy 1940 roku. Kiedy siedliśmy do pracy nad Jednym Życiem, zdecydował, że kwestia w książce zostanie wyjaśniona. Zdążył powiedzieć tyle, że idiotą nie był i zbyt wielu ludzi wiedziało, że był w Izbicy, aby ryzykować forsowanie wariantu bełżeckiego. Bełżec był jednak miejscem rozpoznawalnym na Zachodzie.”

Powtórzmy: „idiotą nie był i zbyt wielu ludzi wiedziało, że był w Izbicy”.

W innym miejscu Piasecki pisze: „Hipoteza, iż emisariusz trafił do Izbicy, a nie do Bełżca, została sformułowana w połowie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku przez dwóch znanych badaczy czasu okupacji na Lubelszczyźnie profesorów Zygmunta Mańkowskiego i Józefa Marszałka z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.”

No i teraz pytanie za 100 punktów: Skoro Karski wiedział gdzie był i skoro tak wiele innych osób również to wiedziało, to dlaczego ta informacja pojawiła się jako HIPOTEZA historyków?

Albo wszyscy o tym wiedzieli albo była to hipoteza.

Dodatkowo zdanie o hipotezie historyków nasuwa podejrzenie, że cała ta „Izbica” wcale nie wyszła od Karskiego, ale że to historykom powierzono zadanie ratowania autorytetu Karskiego i to oni mieli znaleźć miejsce i czas w którym Karski mógłby się znaleźć.

W ogóle uderzające jest to, że w całym rozdziale jest tak mało konkretów. To też budzi moje podejrzenie, że opis Izbicy został stworzony przez historyków na podstawie dostępnych źródeł lokalnych. Nie pojawia się po prostu żadna informacja wybiegająca ponadto, co można przeczytać np. w książce Adamczyka czy Smorczewskiego.

Dziwne jest to, że jakoś nie natknąłem się na nagrania gdzie Karski sam opowiadałby jak to było w tej Izbicy. Chciałbym zobaczyć jak ta Izbica wyłania się z zakamarków pamięci Karskiego. No bo skoro mówił, że dobrze wiedział gdzie był, to znaczy że tak było. Tak?
A tutaj zamiast wspomnień Karskiego mówi nam o tym historyk i to w jakiś czas po śmierci Karskiego.
Generalnie – moim zdaniem – nauka nie powinna być polem do spekulacji i hipotez. Albo coś było albo czegoś nie było.

I tutaj rodzi się drugie pytanie: Dlaczego Karski na tym nagraniu z 1996 roku dalej opowiada historię wizyty w getcie na sposób znany z Tajnego Państwa? Czyli że furmanką jechał z Lublina itd itd.

Przejdźmy teraz do pozostałych niejasności z tekstu Piaseckiego w takiej kolejności w jakiej się pojawiają w tekście:

1. Dlaczego Karski nie podaje imienia gospodyni z mieszkania w Krasnymstawie – a spędził tam przecież dużo czasu. Nie podaje też adresu.
Ten fragment bardzo przypomina opis znany z Tajnego państwa. Tam też nigdzie nie wychodził, nikt go nie widział, ale z domownikami też się nie zapoznał. Myślę, że to bardzo wygodne jeśli się mataczy.

2. Karski na miejscu w Krasnymstawie ma się uczyć języka ukraińskiego od gospodarza – Mariana – a jest tam 1 dzień i w dodatku Marian, który ma go uczyć, idzie sobie do pracy. Bezsens.
W starej wersji Karski nie zna Ukraińskiego więc udaje Estończyka, ale przebywa wśród Ukraińców, żeby nie wpaść z kolei wśród Estończyków.
Teraz dowiadujemy si e, że Ukraińskiego się poduczył a później aż jeden dzień szlifował język w Krasnymstawie (jak widać bez nauczyciela) – rodzi to podejrzenie, że twórcy tej wersji nie mogli się zdecydować czy chcą go jak najszybciej wysłać z powrotem do Warszawy, czy wolą żeby pojechał niepoduczony ale żeby wyrobił się do października.

3. Po co było w ogóle przebierać się za Ukraińca? Skoro Marian Kozielewski miał znajomości w policji granatowej, to przecież można było wysłać Karskiego jako granatowego policjanta, bo oni też brali udział w tych akcjach. Podejrzewam, że cała ta maskarada to kolejna wymyślona okoliczność.

4.

5.

6.

7.

Artykuł został uzupełniony o nowe treści 21 maja, ale ciągle nie jest to pełna wersja.

 

 

Udostępnij